+1
Bulusia 22 maja 2020 17:58
Mała Moskwa
Kelner patrzył na mnie z niechęcią. Nie rozumiał angielskiego ani rosyjskiego, a każdego cudzoziemca traktował jak potencjalnego szpiega. Ubrany w tani wytarty garniturek wyglądał jak postać z siermiężnego socjalizmu lat 70. W istocie nią był, nie chcąc zrozumieć, że świat dawno się zmienił.

Lenin nie skarlał nic a nic. Socjalizm przepadł, Związek Radziecki nie istnieje, w większości krajów pomniki wodza rewolucji obalono, ale w Tyraspolu, stolicy Naddniestrza, nawet mu włos z charakterystycznej bródki nie wypadł. Twarz jak zwykle skupiona wskazuje siłę proletariatu. Nawet gołębie nie mają odwagi nasrać Włodzimierzowi na tę dumną głowę, a co dopiero ludzie przemykający obok, zastraszeni czy może obojętni, bez chęci i odwagi spojrzenia Leninowi prosto w spiżowe oczy. W Naddniestrzu, jak mało gdzie w dzisiejszym świecie, Lenin był, jest i prawdopodobnie jeszcze długo będzie.
Przekroczenie granicy na Dniestrze to podróż w radziecką przeszłość, skok z biedy mołdawskich wsi do skansenu. Socrealizm w pełnym rozkwicie: wielkie gmaszyska w centrum, proste równe aleje, krawężniki do kolan. Wszystko utopione w patriotycznym sosie rosyjskich i naddniestrzańskich flag, czerwonych sztandarów, ulic i placów nazwanych ku czci komunistycznych bohaterów. Ludzie w ortalionowych kurtkach, wytartych paltach, na ulicach żiguli i moskwicze…
Jak w potiomkinowskich wioskach kolorowe fasady kryją brud i nędzę. W gustownej z zewnątrz restauracji zamawiam bliny. Kelner w marniutkim znoszonym garniturku nie mówi po angielsku ani rosyjsku, choć menu jest w cyrylicy. Pod sufitem podwieszono kolorofony, dokoła szkło, gdzieś obok dwaj panowie z rąk do rąk przekładają zwitki pieniędzy. Klimat jak w warszawskiej Victorii lat 70. Tylko Borewicza brakuje… Na tyłach sali toaleta. Misternie wykonane drzwi, wielkie lustro z obramowaniami stylizowanymi na barokowe. I dziura w podłodze zamiast sedesu.

My i oni

Kiedy tu ludzie zaczęli się nienawidzić niewielu pamięta. Lewy i prawy brzeg Dniestru zawsze były sobie obce, niczym granice wschodniej i zachodniej cywilizacji. Przez wieki na rzece kończyła się strefa carskich wpływów, ustępując miejsca wpływom osmańskim a później idei Wielkiej Rumunii. Zmiany terytorialne po II wojnie światowej niczego w tej mentalności nie zmieniły. Besarabia zawsze była inna, obca. Moskwa nie ufała lokalnym kacykom, mówiącym po rumuńsku i zapatrzonym w rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceausescu. Wielkie budowle socjalizmu, na wszelki wypadek, powstawały głównie na wschodnim brzegu Dniestru. W ślad za nimi pojawiała się rosyjska partyjna elita. Tuż przed upadkiem ZSRR blisko 65 proc. kadry kierowniczej we wszystkich działach gospodarki i polityki stanowili Rosjanie bądź ludzie rosyjskojęzyczni. Na uczelniach było to 70 procent, w wojsku 85 procent.
Oficjalnie oczywiście wszyscy stanowili naród radziecki i o pochodzenie etniczne nikt nie pytał. Rosjanie, Rumuni, Mołdawianie, Gagauzi czy Ukraińcy mieli zgodnie razem budować socjalizm. Członkowie elity chodzili do rosyjskich szkół, studiowali na rosyjskich uczelniach, czytali rosyjskie książki. W ich środowisku mówiono, a nawet myślano po rosyjsku. Mołdawskość była czymś wstydliwym, przeszkadzającym w awansie społecznym i karierze. Człowiek radziecki mógł mieć skośne oczy czy śniadą twarz, ale myśleć i mówić musiał po rosyjsku. Na zachodnim brzegu Dniestru miejscowi tego nie rozumieli, ludzie podzielili się – my i oni – tych „onych” z Moskwy bali się i nimi gardzili. Z wzajemnością zresztą. Nieufność, a później otwarta wrogość narastały.
Poukładany radziecki świat zawalił się w 1991 roku, a sygnał do tego dał Borys Jelcyn wzywający do brania tyle wolności ile kto zdoła unieść. Narody zamieszkujące republikę zamkniętą w sztucznych granicach powojennego ładu zachłysnęły się nowymi możliwościami. Gagauzi z południa Mołdawii zażądali niepodległości, Ukraińcy przyłączenia do niepodległej już Ukrainy, Rosjanie chcieli stać się częścią Rosyjskiej Federacji. W kraju wrzało, a Mołdawianie przyglądali się bezradnie, nie wiedząc ani kim są ani co chcą robić. W polityce starły się siły niepodległościowe i te wzywające do przyłączenia do Rumunii.
Na wschodnim brzegu Dniestru Rosjanie skupili się wokół stacjonującej tu 14. armii. Cała elita moskiewskich nuworyszy, trzęsąca i gardząca prowincjonalną Mołdawią – oficerowie wojska, KGB i wywiadu, lekarze i prawnicy, wreszcie dyrektorzy wielkich socjalistycznych kombinatów – nagle stali się cudzoziemcami, i to niechętnie widzianymi w nowym państwie. Nie mogli tego tolerować. Ogłosili niepodległość, a o ochronę zwrócili się do Moskwy.
Jelcyn nie wiedział co ma robić. Przecież sam namawiał do brania swoich spraw w swoje ręce. Mołdawia była daleko, a on tu na miejscu miał swoje kłopoty. Ledwie przecież rozpadł się Związek Radziecki, a nowa Rosja chwiała się pod naporem wewnętrznych konfliktów i braku pieniędzy.
Mircea Snegur, pierwszy prezydent niepodległej Mołdawii nie mógł pozwolić by nowo powstałe państwo natychmiast mu się rozpadło. Na zbuntowany region rzucił wszystko co miał, co pozostało mu po rozpadzie ZSRR i wymianie kadr dowódczych. A wiele tego nie było. Z blisko 2600 oficerów wszelakich jednostek pozostałych po Armii Czerwonej w wojsku mołdawskim chciało służyć ledwie 155.
Na nieuzbrojonych Rosjan z początku wystarczyło. Ale hasło „biją naszych” dotarło w końcu do Moskwy. Stacjonująca niedaleko Tyraspola 14. armia ruszyła i starła w proch mołdawskie pospolite ruszenie. Dla jej dowódcy – Aleksandra Lebiedzia – zwycięska operacja stała się trampoliną do wielkiej kariery. Wkrótce został sekretarzem prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa i prawą ręką Jelcyna. W 1996 roku porozumieniami chasawjurckimi zakończył I wojnę czeczeńską. Był u szczytu popularności; przyjmowany w Londynie i Waszyngtonie uważany był za następcę Jelcyna na stanowisku prezydenta Rosji. Tak się oczywiście nie stało. Miejsce schorowanego Jelcyna zajął Władimir Putin, a Lebiedź zginął w 2002 roku w wypadku helikoptera. Jednak to, co zrobił w Mołdawii, co miało być chwilowym rozejmem, przetrwało bez mała 30 lat. W 1993 roku 14. armia zatrzymała się na Dniestrze i stoi do dziś.
Wjeżdżając do Naddniestrza od strony Kiszyniowa tuż przy zjeździe na most mija się rosyjski czołg, pomnik obrońców pokoju i Lebiedzia ze spiżu. Kontrolę graniczną sprawują mieszane patrole lokalnych i rosyjskich służb. Na ulicach Tyraspola powiewają naddniestrzańskie i rosyjskie flagi – dekretem prezydenta zrównane pod względem ważności. To Rosja jest dziś jedynym gwarantem utrzymania tej prowizorki, coraz bardziej niewydolnej gospodarczo, skorumpowanej i coraz słabszej politycznie. Niewymienialny rubel naddniestrzański staje się bezwartościową makulaturą, jedyny półlegalny kanał zaopatrzenia – Ukraina – po wojnie z Rosją uszczelniła granicę, Mołdawia blokuje wymianę gospodarczą. Jeśli w porozumieniu z Kijowem zamknie Naddniestrze kordonem pomóc może jedynie 14 armia…
Pytam ludzi na ulicach kim są, kim się czują. Padają różne odpowiedzi: Rosjanami, Mołdawianami, tutejszymi, cokolwiek politycznie miałoby to znaczyć. Władza czuwa, szybko interesuje się mną milicja. Przepytywanie ludzi na ulicach śmierdzi szpiegostwem, zwłaszcza jeśli obywatel jest z kraju NATO. Tak właśnie: obywatel, nie żaden pan. Z panami ZSRR, w tym i Republika Naddniestrzańska już dawno skończyli…
Towarzysze milicjanci są pryncypialni, sztywni, surowe spojrzenia spod wielkich służbowych czap na wzór wschodni mogących robić za lądowiska helikopterów. Dostrzegają dolary w moim portfelu – ani chybi szpieg i spekulant. XXI wiek, 100 km do granicy Unii Europejskiej a czuję się jak na planie filmowym u Barei. Jeden z milicjantów ma wetkniętą w klapę malutką flagę Rosji. Próbuję zagrać na patriotycznej nucie: - To ty funkcjonariusz Naddniestrza nosisz symbole innego kraju – oburzam się. Trafiam jak kulą w płot, bo milicjant to właśnie Rosjanin. Jak większość tutejszej władzy. Igor Smirnow, pierwszy prezydent Naddniestrza urodził się w Pietropawłowsku Kamczackim, aktualny – Wadim Nikołajewicz Krasnosielski – pochodzi z rosyjskiego Kraju Zabajkalskiego. Rozdzielił ich Jewgienij Szewczuk, urodzony co prawda w Naddniestrzu, ale oczywiście też Rosjanin.
Pouczają mnie i puszczają wolno. Nie ma przecież łapówek w socjalistycznym świecie.

Wałęsy nie trzeba

Niechęć i wzajemna pogarda polityków obydwu części Mołdawii jest ostentacyjna. Nawet nazwy walut wskazują protektora i stanowią przedmiot drwin. Rubel naddniestrzański kontra lej mołdawski. W hotelu w Tyraspolu zapłaciłem lejami, ale już w restauracji musiałem zostawić paszport, wymienić leje na ruble w pobliskim kantorze i dopiero wtedy zapłacić rachunek. Ruble, podobnie jak Lenin przed Domem Rad są częścią naddniestrzańskiej tożsamości. Fałszywej i obłudnej, wyśmiewanej w Kiszyniowie tak samo jak w Tyraspolu rzekomy język mołdawski, wokół którego rząd próbuje budować tożsamość narodową. Gdy w 1989 roku Mołdawia, jako czwarta republika radziecka (po Bałtach) ogłosiła nierosyjski za swój język urzędowy była to forma buntu przeciwko Moskwie. Ale i wtedy nie sięgano po argumenty nacjonalistyczne, tym językiem był po prostu rumuński. Niepodległość zróżnicowanego pod względem narodowościowym kraju przyniosła jednak potrzebę znalezienia wspólnej tożsamości – i tak powstał język mołdawski. W praktyce to archaiczna wersja rumuńskiego z niewielkimi różnicami w akcencie.
Naddniestrze ma swój rząd, prezydenta, walutę i międzynarodowe uznanie… Abchazji i Osetii Południowej. Władza kontroluje absolutnie wszystko poprzez prywatną firmę – holding Sheriff mający udziały we wszystkich dochodowych branżach. Zresztą nie wiadomo czy to władza kontroluje firmę czy raczej firma władzę. Wśród około pół miliona mieszkańców republiki trudno znaleźć kogoś kto nie pracuje albo bezpośrednio w Sheriffie albo w jednej z setek współpracujących z nim spółek. Jeśli nie pracuje to z pewnością chodzi do przychodni lekarskiej dotowanej przez Sheriffa. Albo szkoły, albo kupuje w sklepie żywność wyprodukowaną w holdingu.
Sheriff ma klub sportowy, a nawet własną partię polityczną, która oczywiście ma większość w parlamencie, a zatem i swojego premiera. Prezydentem Naddniestrza jest Wadim Krasnosielski, były szef ochrony jednej ze spółek holdingu. Sheriff to Naddniestrze, Naddniestrze to Sheriff.
Nic dziwnego, że buntu tu nie będzie. Lojalnym władza da pracę i nie pozwoli umrzeć z głodu. A że hołubi Lenina i Związek Radziecki? Dla młodych to nic zdrożnego, taki lokalny folklor. Zresztą co tu zmieniać, do czego się pchać? Z jednej strony pogrążona w wojnie biedna Ukraina, z drugiej sztucznie powstała Republika Mołdawii, która sama nie wie czy chce być Mołdawią czy może Rumunią. Większość mieszkańców Naddniestrza i tak ma rosyjski paszport, większość Mołdawian – rumuński. Drugiego Wałęsy tutaj nie potrzeba.

Dodaj Komentarz